Reklama

Bo w życiu trzeba mieć jaja!

jaja

Dla Japończyków dzień bez jajka jest dniem straconym, bo jedzą ich średnio 400 rocznie. A przecież nie zabija ich miażdżyca i choroby układu krążenia, a problem otyłości dotyka tylko 3% populacji (dla porównania: we Francji to 11%, a w niektórych stanach USA -  znacznie  powyżej 30%).

Taką informację –  jak również wiele innych – wręcz sensacyjnych, znalazłam w książce Krystyny Naszkowskiej „Jedz co chcesz. Sąd nad polskim stołem”.  Autorka w doborowym towarzystwie naukowców i specjalistów od żywienia rozprawia się z teoriami dietetycznymi, które często są wynikiem manipulacji i próbą przeforsowania interesów jakiejś gałęzi przemysłu. Sztandarowy przykład to margaryna (o tym będzie osobny wpis), ale „dostało” się też jajom. I to jakieś 50 lat temu, gdy przemysł farmaceutyczny zaczął zarabiać na lekach antycholesterolowych. Lobby to silne, wpływowe, rozpętało prawdziwą fobię, a za głównego winowajcę wysokiego poziomu cholesterolu uznano właśnie jaja. W międzyczasie obniżono dopuszczalną normę całkowitego cholesterolu i w ten sposób powiększono jeszcze rzeszę wiernych pacjentów i wielomiliardowe zyski koncernów farmaceutycznych.  Naukowcy próbują „odkręcić” tę teorię, ale łatwo nie jest.

W książce pani Naszkowskiej wypowiada się prof. Trziszka – naczelny jajolog kraju: „..pod skorupką skumulowane są wszystkie substancje niezbędne do stworzenia nowego życia. Są tu wszystkie aminokwasy potrzebne do budowy tkanek i komórek. Są białka i tłuszcze, a w tłuszczach fosfolipidy, które zawierają kwasy omega-3. Są minerały i witaminy, zwłaszcza witaminy z grupy B, w tym B12″.

Według prof. Trziszki „człowiek powinien jeść tyle jaj, na ile ma ochotę. Mało tego, im więcej jaj jemy, tym mniejsze jest prawdopodobieństwa miażdżycy, gdyż w naczyniach krwionośnych odkłada się tylko cholesterol produkowany przez nasza wątrobę, a nie ten zjadany z jajami, a im więcej dostarczamy naszemu organizmowi cholesterolu z pokarmem, tym mniej produkuje go nasza wątroba”.

Obłęd! Książkę polecam, jaja również.

Dzisiaj o najbardziej zdrowej i przyswajalnej formie jaj – jajkach w koszulkach lub „po benedyktyńsku”. Przygotowując je w ten sposób „wyciągamy” z nich maksimum wartości, nie niszcząc po drodze cennych składników dodatkiem tłuszczu czy obróbką termiczną.

Kupując jaja zwracamy uwagę na cyferki na skorupce. Początkowe „0″ oznacza chów ekologiczny, „1″ też nie jest zła, bo kurki chodzą na wolności. Podobno zielononóżki nie dają się zamknąć w klatkach, więc jaja od zielononóżek jak najbardziej.

1. Przygotowujemy średniej szerokości garnek. Gotujemy w nim wodę (nie bardzo dużo, np. do połowy wysokości) z dodatkiem ok. 3 łyżek octu winnego.

2. Jajko delikatnie rozbijamy i wlewamy do małej miseczki. Uważamy, aby nie uszkodzić żółtka. Po zwartości białka i trudnym do uszkodzenia żółtku poznajemy, czy jajko jest świeże.

3. W garnku z gotującą się wodą robimy „wir” kręcąc energicznie rózgą do ubijania piany i delikatnie wlewamy jajko. Ja przygotowuję porcje z 2 jaj, które wlewam razem.

3. Zmniejszamy ogień i gotujemy jaja ok. 2,5 – 3 minut. Wyciągamy je łyżką cedzakową, solimy i jemy „niezależnie” lub jako dodatek (np. do kanapki czy sałaty).

Efekt końcowy w momencie wyjmowania jajka wygląda tak (zdjęcie nie pochodzi z moich osobistych zbiorów):

jajka koszulki

Białka jaj w koszulkach mają bardzo lekką konsystencję, same jaja smakują wybornie, i  – co najważniejsze – są bardzo zdrowe.

Jedzmy jaja na potęgę i nie dajmy się manipulatorom, bo do życia „trzeba mieć jaja!”

Źródło: http://marzenamrozowicz.zawszezdrowi.pl/2014/05/bo-w-zyciu-trzeba-miec-jaja/

Komentarze