Reklama

A ja wolę Mariolę

mariola

Nastały ciekawe czasy; dzieje się dużo, szybko, z każdej strony atakują nowości i nowinki, wszystko jest „mega” i „hiper”. Trudno za tym wszystkim nadążyć, ale natura wyposażyła nas w spore możliwości adaptacyjne i – czasami z „zadyszką”, często z jakimiś wspomagaczami farmakologicznymi lub wsparciem psychoterapeuty – „dajemy radę”. Wydaje się, że ludzkość zrobiła jakiś kwantowy skok w ewolucji i na przestrzeni mniej niż pięćdziesięciu lat  wykształciła się nowa rasa ludzka. Nie znalazłam jeszcze odpowiedniej  nazwy, ale pewnie się pojawi. To zjawisko oscyluje między renesansowym Leonardo da Vinci a znanym z produkcji filmowej Avatarem. Opiszę na przykładzie kobiet. Istota wszechstronna, typowy człowiek renesansu, której szczególne, często zadziwiające zdolności  pojawiają się nagle i są pewnie wynikiem jakiegoś kosmicznego natchnienia, otwarcia swojego kanału na przekaz z innych wymiarów.  Co do fizyczności, to nowa rasa kobiet ma duże usta, wielkie oczy, długie rzęsy, mocno zarysowane kości policzkowe i ograniczoną mimikę twarzy. I proszę nie myśleć, że majstrują przy tym chirurdzy plastycy. Co to, to nie! Niektóre – zupełnie na serio – powołują się na pokrewieństwo z przybyszami z odległych galaktyk – taki desant z kosmosu, który ma wprowadzić ludzkość w nową erę. Tyle teorii. W praktyce znana w świecie projektantka mody, mówiąca o sobie, że jest kosmitką staje się jednosezonowym architektem wnętrz, mebli i … okularów,  seniorka rodziny znanej z pokazywania obfitych kształtów na stolicznych „ściankach” zaczyna gotować na ekranach telewizorów, wydaje książkę kulinarną i projektuje ubrania, a chodząca reklama Adidasa staje się ekspertem w dziedzinie fitnessu i szeroko pojmowanego „welness”; ćwiczy z nią już chyba cała Polska, za chwilę też będzie gotować, bo dziedzinę kulinarną gwiazda ma „w małym palcu”.  I tu chciałabym się zatrzymać i przejść do osobistego wątku, związanego z terapią i … tytułową Mariolą.

Poruszenie limfy za pomocą bieżni poskutkowało kontuzją przyczepu ścięgna Achillesa (poprzedni wpis „Rzecz o ostrogach”). Przy tak bolesnej przypadłości jedyną alternatywą ćwiczeń fizycznych okazała się „stara, dobra Mariolka”.  Nagrana na kasecie VHS w 1990 roku, niedawno, bo 2 lata temu -  na płycie CD, Mariola Bojarska-Ferenc prezentuje najlepszą – według mnie, gimnastykę dla kobiet – callanetics. Tu przepraszam panią Bojarską, że tak się spoufalam, mówię „Mariolka”, ale „znamy się” prawie od ćwierćwiecza i   „widzimy” dość często (na ekranie monitora). Na przestrzeni 24 lat, gdy tylko zaczynałam „ramoleć” i „rdzewieć”, „odpalałam” nagranie callaneticsu z Mariolą Bojarską i … odżywałam. Ta powolna, wyglądająca na bezwysiłkową, gimnastyka, jest jednym z największych wyzwań, jakich się podejmowałam w życiu. To walka z samym sobą, ze słabością ciała i ducha, nagradzana piękną sylwetką, wysmuklonym ciałem i gracją poruszania się. W czasie ponad godzinnej sesji wykonuje się serie pięćdziesięciu lub stu bardzo wolnych i delikatnych powtórzeń, nie ma tu elementów siłowych, wymachów, obciążeń czy skoków. Wszystko w jakby spowolnionym tempie, na tle orientalnej w charakterze muzyki, którą – nota bene –  skomponował mój kolega z liceum i ze studiów – Marek Kuczyński. Po pierwszej sesji boli mnie wszystko, czuję, że mam jakieś nowe partie mięśni - na plecach, żebrach, szyi, w talii. Ostatnio słyszałam, że u kogoś  „zameldowały się” mięśnie szczęki. Ale cokolwiek by nie bolało, trzeba przetrwać, serdecznie do tego namawiam, warto. Jesteśmy w bardzo dobrych rękach, gdyż autorką callaneticsu jest  Callan Pinkney, która w dzieciństwie  – ze względu na poważne problemy z biodrami, przez siedem lat  chodziła w szynach ortopedycznych. I właśnie ta autorska forma gimnastyki pozwoliła jej uzyskać  sprawność i utrzymać świetną formę do końca życia. A Mariola Bojarska  – będąc absolwentką AWF-u i olimpijską zawodniczką gimnastyki artystycznej, bardzo fachowo pokazuje na płycie, jak wykonać poszczególne ćwiczenia. Zaczynamy od rozgrzewki, która jest chyba najważniejszym elementem każdej aktywności fizycznej, następnie ćwiczenia rozciągające i wzmacniające na mięśnie talii, brzucha, bioder, nóg pośladków. Żadna partia ciała nie zostaje pominięta. Co chwilę słyszymy uwagi o oddychaniu i wskazówki dotyczące ułożenia ciała przy poszczególnych sekwencjach ćwiczeń. Nie ma mowy o forsowaniu ciała i zmuszaniu go do nadmiernego wysiłku. Osoby, które nie są w stanie wykonać całej serii, mogą zatrzymać na chwilę płytę i odpoczywać w trakcie wykonywania ćwiczeń. Przemawia do mnie ta humanitarna i kobieca forma ruchu, dlatego – pozbawiona bieżni, pokonałam „opór materii” i zaczęłam ćwiczyć z Mariolą. Jeszcze pokazałam płytę pani Dominice – mojej rehabilitantce, aby upewnić się, że nie zrobię krzywdy mojemu nadwyrężonemu Achillesowi. Jaka była moja radość, gdy okazało się, że nie muszę wykonywać nawet zaleconych wcześniej ćwiczeń rehabilitacyjnych, gdyż wszystkie elementy zawiera zestaw callaneticsu. W tym miejscu wypłynął temat różnych form ruchu  i zupełnie naturalnie – dynamicznej trenerki całej Polski. Według opinii fizjoterapeutów, ćwiczenia propaguje osoba bez ugruntowanej wiedzy na temat prowadzenia zajęć fitnessu, nie wspominając już o anatomii czy fizjologii. Nie poprzedzone rozgrzewką treningi są bardzo forsowne i wyczerpujące, a niektóre techniki są najprostszą receptą na poważne kontuzje kręgosłupa.

Czasami  czytam w internecie jakieś zjadliwe uwagi na  temat pani Marioli autorstwa zagorzałych fanek trenerki nowej generacji; mając już pewien bagaż doświadczeń wiem, że prawda obroni się sama, potrzebuje tylko trochę czasu. Póki co , dzień zaczynam od sesji callaneticsu, bo ja jednak „wolę Mariolę”.

Marzena Mrozowicz

Źródło: http://marzenamrozowicz.zawszezdrowi.pl/2014/05/a-ja-wole-mariole/

Komentarze